Oddałem samochód na myjnię i usiadłem w poczekalni. Poczęstowałem się ptasim mleczkiem, przejrzałem kanały w telewizji, zagrałem w „Plants vs. zombie” (gra staje się już monotonna), i na koniec sięgnąłem po rozrywkę wymagającą nieco większego wysiłku umysłowego, czyli wziąłem się za przeglądanie jednego z leżących na stole magazynów.

Otworzyłem kolorowe strony i oczom moim ukazało się małe zestawienie przedmiotów, bez których żaden rodzic sukcesu nie może się obejść.
Nie wiem, jak (nie mając ich) udało nam się przebrnąć przez dotychczasowe trudy wychowania dziecka.
Oto co tam znalazłem:
Ekspress do mleka – coś jak kapsułkowy ekspres do kawy. Ładujesz porcję mleka w kapsułce, naciskasz guzik i maszyna sama miesza proszek z wodą. Ta-daa i już możesz skarmić malucha mlekiem. W środku nocy może być przydatny, ale w ciągu dnia… Tysiąc złotych za zabawkę plus nie wiadomo ile za mleko (którego sam nie możesz porcjować) można naprawdę lepiej zagospodarować.

Śpioszki z biosensorem – teraz, zamiast zastanawiać się, co dolega maluchowi – czy chce jeść, czy spać, sprawdzamy na komputerze, który jest połączony z dzieckiem (w śpioszkach) przez USB (?). Nie wiem czy to oznacza, że młody jest okablowany przez cały czas noszenia śpiochów, czy pani Patrycja Śledź pomyliła sposoby komunikacji urządzenia z maszyną liczącą. Cena jedynie 6000 zł.

OLYMPUS DIGITAL CAMERANiemowlęce jacuzzi – Jeśli nie wiesz co zrobić z wolnymi 10 000 złotych – napisz do mnie e-maila (adres w zakładce „kontakt”), wskażę ci numer konta. Pomijając już cenę i potrzebę posiadania wanny z bąbelkami dla niemowlaka rozbroił mnie opis jaki wyżej wymieniona zamieściła. Bulgocząca woda podświetlona kolorowymi LEDami ma zapewnić dziecku wrażenia jak na plaży na Mauritiusie. Jeśli miałbym do czegoś to porównywać to chyba do gejzerów na Islandii.

Nocnik z miejscem na tablet – jeśli nie chcesz nocniksadzać młodego na nocnik przy stoliku na którym położy tablet, możesz kupić specjalny nocnik z przyrośniętą do niego podstawką, na której można umieścić tablet.

Tłumacz płaczu – nie wiesz dlaczego twoje dziecko płacze, sprawdź na elektronicznym tłumaczu, tym razem bez podłączania dziecka kablem. Najwidoczniej konstruktorzy tego gadżetu uznali, że rodzice z niego korzystający mentalnie dorównują swoim dzieciom i zamiast normalnych wskaźników umieścili duże, kolorowe światełka.

I na koniec jeszcze dwa gadżety, jedyny w miarę użyteczny (za to zabijający ceną) i najbardziej kuriozalny.

Domowe USG – głowica podpinana do smartfona pozwalająca zaglądać rodzicom, co porabia nasz maluch. Żegnaj wszelka prywatności, teraz już tylko czas na drona z kamerą pozwalającego obserwować wyścig plemników. To ten, którego użyteczność mogę sobie jakoś wyobrazić. Jeśli mama zauważy wcześniej, że coś jest nie tak może szybciej poprosić o pomoc lekarza. Oczywiście mama musi przejść jeszcze kurs rozczytywania obrazów USG i mieć w portfelu zbędne 27,500 zł.

I wreszcie największa rewelacja zestawienia, pas do tweetowania – zakłada sobie kobieta to ustrojstwo na brzuch ciężarny, i przy każdym poruszeniu dziecka pas informuje znajomych z fejsa i tweetera o tym wiekopomnym fakcie. Ciekawe, czy potrafi odróżnić kopnięcie od wzdęcia. Cena nawet dość przystępna, jedyne 300 zł, można więc oczekiwać, że w niedalekiej przyszłości zacznie nas zasypywać fala spamu od naszych znajomych, nowoczesnych przyszłych mam. Oby nie :)
Być może za kilka lat będą to tak oczywiste zakupy dla rodziców, jak dzisiaj są nimi pampersy (zamiast pieluch tetrowych), ale póki co wzbudzają lekki uśmiech i pojawia się pytanie „naprawdę ktoś chce to kupować”?

OLYMPUS DIGITAL CAMERALepiej poczytam coś o ubrankach zamiast o tych bzdurnych gadżetach

 

PS
OK, z tym większym wysiłkiem umysłowym żartowałem. Zwalczanie zombich wymagało większego zaangażowania.